Wracając ostatnio z kolejnego KrakSpota zacząłem się zastanawiać – ludzie, czy was nie pogięło(lub inne bardziej eufemistyczne stwierdzenie)?
Miałem mętlik w głowie od ilości pomysłów na kolejny start-up w duchu łeb dwa zero. Problem w tym, że zaletą większości takich przedsięwzięć jest to, że są właśnie Web 2.0. A Web 2.0 jest dobre, bo jest 2.0.
Wiele pomysłów jest opartych o schemat: zróbmy społeczność, ona sama się rozrośnie. No przecież każdy chce mieć nowy kwiatuszek na profilu albo 40 nowych znajomych w 7 serwisie społecznościowym. Samo się wypromuje, a potem będziemy zbijać kokosy na reklamie. Tylko zapomina się o kilku rzeczach. Po pierwsze – jest już bardzo ciasno na rynku serwisów społecznościowych. Ludzie już maja po kilka profili i nie mają czasu na spędzanie czasu na kolejnych. Żeby jakoś ich przyciągnąć, serwis albo musi być unikatowy, albo być dobrze wypromowany, a to bez nakładów finansowych trudne.
W ten oto sposób rozpływa się jak poranny sen bajka o kolejnym Facebooku i naszej-klasie.
Ostatnio trafiłem na jeden z przykładów takich start-upów – Gomze.pl , który ma nawet nie najgorszą oglądalność. Serwis łączy ludzi, którzy widzieli się przypadkiem i próbują odnaleźć kontakt do siebie. Pojawiają się tam wpisy typu: „Spodobałaś mi się już w tramwaju.” Podpis Gandalf01, Warszawa.
Bardzo romantyczna idea, ale jak takie przedsięwzięcie ma istnieć? To jest serwis dla szukających, ale czy trafi tam osoba szukana? Chyba są nikłe szanse, że kobieta z którą flirtowałem na odległość wczorajszego wieczora będzie przeglądała ten serwis w poszukiwaniu właśnie mnie.
Serwis bez sensu, modelu biznesowego poza AdSensami też nie mogę się dopatrzeć. I trochę brak romantyzmu w tym wszystkim. Uczucia sprowadza się do roli ogłoszenia. Raz zdarzyło mi się przeczytać na moim przystanku autobusowym – „Poszukuję dziewczyny, która 14.02.2007 o godz. 20 wysiadała z autobusu nr 125. Proszę o pilny kontakt. Powodem ogłoszenia jest pozostawienie uroczego wrażenia”. To wg mnie prawdziwy romantyzm.
To jest pole minowe, na którym trenują przyszli władcy polskiego rynku reklamowego. Zostaną zdziesiątkowani, a przy życiu zostaną tylko ci, którzy postarali się wcześniej doszlifować romantyczną ideę.
Przy okazji refleksja: z takich serwisów społecznościowych bez prawdziwych użytkowników jest duży pożytek, bo na ich robieniu można zarobić. Szczególnie jeśli finansowanie jest z funduszu UE.